środa, 18 kwietnia 2018

"Lampiony" - Katarzyna Bonda


Autor: Katarzyna Bonda
Wyd.: Muza
Gatunek: Powieść kryminalna
Ocena: 2,5/5


 Choć zupełnie nie dawno pojawiła się recenzja „Sprawy Niny Frank”, to znów na blogu u mnie Bonda. Tym razem przychodzę do Was z moimi przemyśleniami na temat „Lampionów”, czyli trzeciego i przedostatniego tomu z serii o żywiołach. (link do "Pochłaniacza"). Czy jednak tym razem powiem aż tyle dobrych słów na temat jej twórczości?
Powiem szczerze, że w poprzednich częściach polubiłam się z Saszą Załuską, czyli główną postacią „Czterech Żywiołów” i naprawdę się cieszyłam, że w swojej kolekcji mam już trzecie wydanie – ogień. Patrząc na jego grubość, zacierałam ręce i przygotowywałam się na długą i ciekawą, nową przygodę profilerki. Z przykrością jednak muszę przyznać, że tym razem się zawiodłam.

Sasza Załuska zostaje przyjęta na cywilny etat do gdańskiej policji i natychmiast oddelegowana do nowego zadania w Łodzi. To miasto stało się terenem groźnych wydarzeń. Dochodzi do serii pożarów. Mnożą się napady na bezdomnych i cudzoziemców, jawne akty homofonii i antysemityzmu. Działają bezwzględni czyściciele kamienic i szajki wyłudzające majątek od naiwnych staruszków, handlarze narkotyków, nieuczciwi prawnicy, podejrzani detektywi i fałszerze. Jakby tego było mało, pojawia się także podejrzenie, że Łódź jest zapleczem islamskich terrorystów. Czy te pozornie niepowiązane incydenty to w rzeczywistości realizacja jednego zbrodniczego planu, czy dzieło szaleńca? A może ta apokalipsa ma służyć jakiemuś konkretnego celowi?


Już na wstępie muszę ostrzec, że „Lampiony” to najsłabsza książka, która wyszła spod ręki Katarzyny Bondy. Stwierdzam to z przykrością, ale muszę być szczera sama ze sobą, że ta powieść okazała się być, krótko mówiąc, niewypałem. Po pierwsze – brakowało mi Załuskiej. Jej postać polubiłam już od samego początku i ciężko szło mi pogodzenie się z tym, że teraz pojawiała się tak rzadko. Zawsze chwaliłam ją za jej samozaparcie, siłę do walki, ale i poczucie humoru czy cięty język! Przez jej nieobecność zabrakło mi takiej ikry w powieści, przez co nazwałabym ją nużącą.
Po drugie bohaterowie – a raczej ich nadmiar i bezosobowość. Zbyt wiele postaci, zbyt wiele różnych historii, które nijak łączyły się w całość. Ten tłok wywoływał u mnie zagubienie. Nie mogłam się odnaleźć wśród tych poplątanych wątków. Bonda tym razem wprowadziła do powieści chaos, z którego nie można było wybrnąć. Przytłaczał i sprawiał, że wszystko dookoła, poza treścią „Lampionów” stało się o wiele ciekawsze! Już z samego opisu można wywnioskować, że autorka w tym tomie zaserwuje nam multiwątkowość, ale nigdy nie powiedziałabym, że spod jej pióra wyjdzie coś tak poszarpanego i nieułożonego. 
Koniec książki dał mi odrobiny nadziei, że ostatnia już część sagi będzie bardziej dotyczyła osoby, dla której właściwie tak te powieści polubiłam. Pomimo tego jednego przykrego doświadczenia, zamierzam przeczytać „Czerwonego Pająka”, by sprawdzić czy styl Katarzyny Bondy nie przeszedł jakiejś dziwnej metamorfozy na jej niekorzyść. Na ten moment jednak zarządziłam chwilową przerwę od jej twórczości, by nie poczuć, że wychodzi mi bokiem! 




poniedziałek, 16 kwietnia 2018

Dwa dni w Paryżu

Pewnie pomyślicie, że jesteśmy szaleni, ale tak – dobrze czytacie – polecieliśmy do Paryża na niecałe dwa dni i wiecie co? Żałuję, że byliśmy tam tak krótko. Jeśli mam być szczera to nastawialiśmy się na typowe odhaczenie tego miejsca. Jechałam tam z myślą, że do Irlandii wrócę zawiedziona i jak wielu innych stwierdzę, że Paryż jest przereklamowany. Teraz stukam się w czoło, że mogłam tak pomyśleć. Serio, to miasto ma klimat (jeśli akurat nie rujnują go tabuny turystów) i jest po prostu piękne.
Wybraliśmy się tam prosto z Polski. Przylecieliśmy we wtorek rano, wylecieliśmy w czwartek rano. Zwiedzanie odbywało się w ekspresowym tempie, ale dzięki znajomym zwiedziliśmy też więcej niż faktycznie mieliśmy w planach! A pogoda, która nas przywitała sprawiła, że mieliśmy ochotę załamać ręce. Lało niemiłosiernie, mgła była na tyle ogromna, że wjeżdżając do miasta nie było najmniejszych szans, by zobaczyć choć zarys wieży Eiffla. Początkowo byłam wściekła, ale potem pomyślałam: trudno. Zapakowaliśmy parasolkę i ruszyliśmy w miasto. 
Nocowaliśmy u znajomych w Suresnes, więc niestety nie będę mogła Wam powiedzieć jaki jest koszt noclegów, ale skorzystaliśmy z bardzo fajnej opcji dostania się do miasta. Mam tutaj na myśli polską firmę transportową -http://marciniak-transport.com/. Zapłaciliśmy 20 euro za osobę w jedną stronę, by dostać się w wybrane miejsce. Dodam, że kierowca podwozi Was praktycznie pod same drzwi. Nas wiózł pan Grzegorz. Był bardzo miły. Opowiadał ciekawostki i jechał naprawdę ostrożnie a muszę zaznaczyć, że przebyliśmy dość długą drogę, bo nasze docelowe lotnisko to Paris Beauvais a w samym Paryżu kierowcy jeżdżą brawurowo, ale ponoć jeśli nie chce się utknąć na środku skrzyżowania, trzeba jeździć jak szaleniec! :D 


Myślę, że nie ma sensu opisywać Wam dokładnie co zwiedzaliśmy kiedy i w jakiej kolejności. Byliśmy po prostu w kultowych miejscach, bo na więcej po prostu nie mieliśmy czasu! Z pewnością dołączę kilka zdjęć. Bardzo liczyliśmy na to, że uda nam wyjechać się na więżę, ale na nasze nieszczęście część wind była popsuta i wjazd odbywał się z jednej nogi tylko z drugiego piętra. Chyba nie muszę pisać, że kolejki były ogromne. Pogoda nie dopisywała – padało, wiało a do tego toalety były zamknięte. Po staniu godziny w kolejce do wejścia na plac myśleliśmy, że dalej pójdzie gładko. W sumie odstaliśmy w kolejkach około 2,5 godziny, ale udało się wytrwać. Zimno było okrutnie. Były chwile zwątpienia. Nogi aż piekły od wdrapywania się w ten zacinający deszcz po schodach, ale potem windą na sam szczyt. A widoki – rekompensowały wszystko! To było naprawdę piękne uczucie móc spełnić swoje kolejne marzenie! Po zjechaniu udaliśmy się już tylko na coś rozgrzewającego, czyli naleśniki na gorąco z nutellą. Mąż wziął Porto a ja Martini. Smakowało jak danie z najdroższej restauracji świata. :D :D Dobra, wiem, że piszę, jakby wyjazd na Eiffla był jak wyprawa na K2, ale naprawdę się wymarzliśmy. Haha! :D 





W mieszkaniu czekał na nas znajomy, który zaoferował się, że pokaże nam Paryż nocą od różnych stron. I tak zobaczyliśmy piękną bazylikę Sacre - Coeur, Champs Elysees czy Moulin Rouge. Oprócz tych pięknych miejsc pokazał nam również te bardziej „życiowe”, czyli tam, gdzie szerzy się najstarszy zawód świata. :D Nie byłam zaskoczona, ale mimo to ciężko było uwierzyć, że policja pozwala na tak jawną prostytucję w stolicy kultury!  


Drugiego dnia pogoda wcale nie była lepsza – przynajmniej z rana, bo potem zrobiło się całkiem przyjemnie, ale było to już po tym jak pod katedrą Notre Dame przemokły mi kompletnie buty i skarpetki – niestety! Ale dzięki temu zyskałam jedną parę skarpetek za 4,5 euro z wieżą Eiffla! :D W środę odwiedziliśmy oceanarium przy wieży a następnie udaliśmy się do Luwru. Zauroczyło nas to miejsce, ale wyobraziłam sobie jak pięknie musi tam być, gdy są pustki, bo prawdę mówiąc, tłok był przerażający. Sądziłam, że tylko my jesteśmy takimi szaleńcami, by zwiedzać w deszcz, ale jak się przekonaliśmy – jest na świecie więcej wariatów! :D Kolejnym celem turystycznym było Notre Dame. Nie mogłabym też zapomnieć o słynnych makaronikach. Okazały się być zaskakująco dobre, ale nie oszaleliśmy jakoś szczególnie na ich punkcie jak niektórzy.
Po odhaczeniu ostatniego punktu na naszej liście postanowiliśmy w końcu pospacerować i poszukać ciekawych miejsc, które nie są w liście „top 10 do zobaczenia w Paryżu”. Takim sposobem trafiliśmy do dwóch knajp, w tym w jednej z nich mieliśmy okazję kosztować pyszne, rozgrzewające francuskie wino! A nasze ostatnie godziny w Paryżu spędziliśmy znowu w okolicy wieży, by pożegnać się z Żelazną Damą, ale… obiecaliśmy sobie, że jeszcze się spotkamy! 




A teraz garść praktycznych informacji. Komunikacja – otóż, przed wyjazdem do Paryża słyszałam, że ciężko podróżować metrem, bo jest trudne do ogarnięcia! Nic bardziej mylnego! Nie mieliśmy najmniejszego problemu z podróżowaniem po tym mieście a wręcz korzystaliśmy z niego cały czas. To było jedyne wyjście, jeśli chcieliśmy naprawdę zobaczyć jak najwięcej z tego miasta. Jednorazowy bilet kosztuje 1,90 i obejmuje również komunikacje autobusową i pociągi miejskie. Nie jestem w stanie Wam powiedzieć ile kosztuje bilet 10-cio przejazdowy, bo dostaliśmy kilka biletów jednoprzejazdowych i nie opłacało nam się już kupować tych wieloprzejazdowych. Jestem jednak pewna, że są one lepszym wyjściem i na pewno tańszym.
Język angielski a Francuzi – i tutaj powiem szczerze, nie wiem co myśleć. Nie odważę się napisać, że obalam mit Francuzów niemówiących po angielsku, bo miałam za mało czasu, by się o tym faktycznie przekonać. Jednak w miejscach turystycznych nie mieliśmy ani jednego problemu, by dostać to, czego oczekujemy. Wręcz przeciwnie, poszło zadziwiająco gładko. Jeśli to tylko kwestia przypadku, to mieliśmy szczęście. Koniecznie napiszcie mi o swoich doświadczeniach. 
Ceny – tutaj chyba nikogo nie zdziwię jeśli napiszę, że Paryż jest drogi, ale tak samo jest w Londynie, Berlinie czy nawet Warszawie. Stolice rządzą się swoimi prawami i to jest smutna prawda. My – nastawiając się, że wyjazd ten organizujemy po kosztach byliśmy w stanie znaleźć kilka knajpek, gdzie zjedliśmy smacznie i nie zrujnowało to naszych kieszeni. Nie był to McDonald dla jasności. :D
Tłumy – jaka głupia byłam myśląc, że w marcu w Paryżu nie będzie turystów.  Ja naprawdę nie chcę wiedzieć, co tam się dzieje w lecie. Kolejki do wieży, do muzeum w Luwrze, tłok w metrze. To był dla mnie duży minus. Kurczowo ściskałam torebkę na każdym kroku, bo w sumie to nigdy nie wiadomo, ale co ja chciałam? Przecież Paryż to nie mała miejscowość w Irlandii, w której aktualnie mieszkam czy  miasto, z którego pochodzę. Będąc w takich miejscach, coraz bardziej przekonuję się, że zgiełk metropolii jest po prostu nie dla mnie. Mogę tam jechać, pobyć kilka dni i wrócić do siebie.


Bardzo się cieszę, że namówiłam męża na ten krótki wypad. Paryż również jemu bardzo się spodobał. Z pewnością zechcemy tam wrócić, ale tym razem, by na spokojnie wczuć się w jego klimat i zobaczyć w jakim tempie toczy się życie Paryżan! 



sobota, 14 kwietnia 2018

"Błęktine sny" - Katarzyna Michalak



Autor: Katarzyna Michalak
Wyd.: Znak Literanova
Gatunek: Literatura obyczajowa i romans
Ocena: 3,5/5

„Błękitne sny” to ostatnia część „Leśnej trylogii”. Pani Michalak może się pochwalić dość dużym dorobkiem artystycznym, który obejmuje wiele dziedzin literatury, m.in.: powieści obyczajowe, fantasy czy erotyki. Kilkukrotnie napotkałam na jej nazwisko, ale dopiero teraz postanowiłam sięgnął po jedno z jej dzieł.
Już na samym początku napiszę otwarcie, że „Błękitne sny” nie powaliły mnie na kolana. Sam zarys fabuły nie jest zły. Mianowicie jest to powieść o szóstce przyjaciół, którzy jak na swój młody wiek niosą dość duży bagaż doświadczeń. Natomiast los ciągle rzuca im kłody pod nogi a oni nie do końca potrafią wybrnąć z kłopotliwych sytuacji. 
Liczyłam na zwartką akcję i dość realistyczne problemy, z którymi boryka się wielu młodych. Otrzymałam opowiastkę, która wydała mi się po prostu mało prawdopodobna. Drażniło mnie również, że z łatwością da się przewidzieć przebieg fabuły i co tu dużo mówić – brakowało mi akcji. Wydarzenia dotyczyły w większości  głównych bohaterów i dosłownie jedynie kilkukrotnie pojawiały się osoby spoza okręgu, które nie wnosiły zbyt wiele do powieści. Niestety. Ubolewam również nad wyrażeniami „doń, nań”, które nagminnie powtarzały się szczególnie w pierwszej połowie powieści. Odnosiłam też wrażenie, że ciągle „jesteśmy” w szpitalu. Wszystko to wydawało mi się być po prostu zbyt monotonne.
Co do bohaterów, znów wracamy do początku, nie widziałam w nich realistycznych postaci. Byli wyimaginowanymi ideałami. Drażniły mnie ich heroiczne poczynania czy też ciągle opisy ich stanów emocjonalnych i myślę tu głównie o trzech braciach. Jakoś ciężko było mi sobie wyobrazić jak trzech dorosłych mężczyzn średnio raz dziennie opowiada o tym co czuje do swojego rodzeństwa! 

Nie twierdzę jednak, że ta książka jest kompletnie zła. To, że nie przypadła mi do gustu, nie oznacza, że będzie też tak z Wami. Uważam, że ta historia ma naprawdę duży potencjał, ale czegoś mi w niej brakowało a czegoś było za dużo. Muszę jednak przyznać, że bardzo polubiłam postać Gabrysi, która wydała mi się być naturalną, zadowoloną z życia kobietą. Uśmiechnięta, potrafiąca zwalczyć w sobie demony przeszłości. Odnalazłam w niej cząstkę siebie i naprawdę żałuję, że było jej w powieści najmniej z całej szóstki. Być może autorce jej postać wydała się nudna, ale to właśnie ona umilała mi czytanie najbardziej. Podobało mi się jej poczucie humoru oraz podejście do życia i związków z mężczyznami. Nazwałabym ją również dobrą przyjaciółką, która zawsze wyciągnie do innych swoją pomocną dłoń.
Książkę czyta się szybko. Mimo iż nie porwała mnie jej treść nie męczyłam się przy niej zbytnio, dlatego nie powiem, że zmarnowałam czas. Koniecznie napiszcie mi czy Wy czytaliście Leśną Trylogię lub inną powieść Katarzyny Michalak. Chciałabym dać jej jeszcze szansę, więc jeśli macie coś do polecenia jej autorstwa – piszcie! 



czwartek, 12 kwietnia 2018

"Wybory Niny" - Anna Kekus


Autor: Anna Kekus
Wyd.: Lira
Gatunek: Literatura obyczajowa, romans
Ocena: 5/5
„Wybory Niny” to książka, którą poznałam na którymś z blogów. Przeczytałam jej recenzję  i pomyślałam, że może to być historia dla mnie! Jej autorką jest Anna Kekus. Jak się okazało dość niedawno pojawiła się jej kontynuacja pt.”Pragnienia Niny”.
Książkę o losach polskiej dziewczyny w Stanach czytałam dość z doskoku na urlopie w  Polsce,  pomiędzy pracami przy budowie a odwiedzinami u rodziny i znajomych. Dlatego też jeśli wasze myśli zaprzątają jakieś ważne sprawy, jest to pierwszy z powodów, by po tę powieść sięgnąć , gdyż jest ona lekka i przyjemna w czytaniu.
Zacznę od tego, że „Wybory Niny” to publikacja, która nie porywa fabułą, bo jest ona bardzo nieskomplikowana, ale to dzięki temu, uważam ją za idealną pozycję, którą możemy poczytać po prostu dla relaksu. Gdybym w jednym zdaniu miałabym o niej napisać, pewnie uznałabym ją po prostu za współczesną i kolejną wersję Kopciuszka, ale nie zrażajcie się za szybko! 


Nina wyjeżdża do Stanów, by wspomóc swojego ojca finansowo w rehabilitacjach. Poznaje ludzi, których lepiej unikać i tak wplątuje się w duże tarapaty. Ledwo uchodzi z życiem a swój ratunek zawdzięcza Damianowi – Amerykaninowi z polskim pochodzeniem. Tak zaczyna się jej prawdziwa przygoda. Po jakimś czasie mężczyzna proponuje Ninie małżeństwo, ale nie z miłości. Ma być to ślub czysto biznesowy, z którego czerpać mają oboje – ona dostanie pieniądze na leczenie ojca a on pozbędzie się reputacji kobieciarza, dzięki czemu wzrosną notowania jego partii. Brzmi jak plan idealny, prawda? Jednak los już nie raz udowodnił czy to w książce, czy w prawdziwym życiu, że potrafi ludziom te plany krzyżować. Jednak są od siebie tak bardzo różni. Czy możliwe jest, że uczucie zrodzi się pomiędzy mężczyzną a kobietą z innych światów?
Muszę zaznaczyć, że to co przyciągnęło mnie do tej książki to nie tylko piękny obraz Florydy, ale bohaterowie! Nina Sienkiewicz kojarzyła mi się z każdą polską, młodą kobietą. Jest piękna, nieśmiała, ale i nie waha się zawalczyć o swoje. Jeżeli kocha, to całym sercem. Myślę, że każda z nas odnalazłaby w sobie choć jedną wspólną rzecz z główną bohaterką. Sam Damian Maxwell natomiast nie został przedstawiony jako ideał i bożyszcze wszystkich kobiet, co już stanowiło dla mnie duży plus! Mężczyzna należy do grupy ludzi, którzy w swoim życiu osiągnęli wielki sukces, ale jednocześnie nie jest w stanie i nie chce spełniać marzeń i oczekiwań rodziców. Trzydziestolatek walczy o swoje pragnienia, jego celem jest udowodnić, że plan na życie, który opracował, zaprowadzi go na szczyt. Jak wielu z nas odczuwa to samo? Robimy co możemy, by wybrać najlepszą drogę. Układamy sobie w głowie scenariusz na lepszą przyszłość i ostatnie, czego chcemy, to by ktoś robił to za nas. Główni bohaterowie  potrzebują się nawzajem, bez względu na to jak bardzo będą temu zaprzeczać, nie oszukają swojego przeznaczenia, które w pakiecie ma dla nich jeszcze wiele niespodzianek!
„Wybory Niny” to opowieść po prostu o życiu, o ludziach. O ich sukcesach, porażkach. Nie brakuje w niej intryg i zła, które czyha na każdym rogu, ale mimo to książka ma wydźwięk pozytywny. Nie odbiera nadziei na „happy end”, którego się oczekuje.  Anna Kekus napisała ciekawą, lekką, przyjemną w czytaniu lekturę o zaskakującym zakończeniu, sprawiającym, że chcemy wrócić do przygód Niny i Damiana w kolejnej części.