wtorek, 21 listopada 2017

O miłości, która jak ten niepodlewany kwiat, więdnie



Autor: Elisabeth Craft
Shea Olsen
Wyd.: Literackie
Gatunek: Literatura obyczajowa
Romans
Ocena: 3/5


Charlotte Reed mieszka z babcią, siostrą Mią i jej synkiem Leonem. W życiu tej dziewczyny brakuje wzorców, aczkolwiek nastolatka ma wielkie ambicje. Stawia sobie cele, dąży do nich uparcie i nie pozwala się rozproszyć z byle powodu. W przeciwieństwie do swoich koleżanek nie ogląda się za chłopakami a jedyne na czym skupia swoje myśli to najlepsze stopnie i dostanie się do uniwersytetu w Stanford. Wszystko zaczyna zmieniać się w momencie, gdy pojawia się Tate – intrygujący chłopak o artystycznej duszy. Życie Charlotte zaczyna ewoluować a ona choć próbuje z tym walczyć zakochuje się w gwieździe rocka.
Chcę być z Wami naprawdę szczera – ta książka mnie nie urzekła. Nie dałam się porwać całej fabule i niestety, ale podczas lektury odliczałam strony do końca. Moim celem nie jest w jakikolwiek sposób krytykować tutaj powieść E. Craft i S. Olsen. Powiem wręcz, że pięć lat temu najprawdopodobniej byłabym w tej książce zakochana. Niestety czas ucieka, ludzie dojrzewają i zmieniają się nie tylko z wyglądu, ale również czego innego oczekują od czytanych pozycji.
Książka wywołała we mnie mnóstwo emocji. Przez większość czasu podśmiechiwałam się pod nosem, przyznaję odrobinę drwiąc z całego motywu powieści. Nie oszukujmy się  - nastolatka zakochuje się w celebrycie, piosenkarzu, idolu wielu nastolatków a on nie widzi świata poza szarą myszką, znaną jedynie z siedzenia z nosem w książkach. Brzmi jak streszczenie serialu z Disney Channel, czyż nie?   Plusem jest to, że poza emocjonalną miłością, która ich spotkała, każdy z bohaterów borykał się z demonami przeszłości, nękającymi ich na każdym kroku.  Jednak wielokrotnie miałam ochotę lekturę skończyć już w połowie czytania. Irytowały mnie zbyt długie opisy uczuć bohaterów. Muszę też wspomnieć, że do szaleństwa doprowadzała mnie naiwność głównej postaci, która poddawała się kontroli Tate’a oraz sama wracała do niego, ówcześnie go porzucając. Dużym zaskoczeniem było zakończenie powieści, choć finał przewidywałam, to okoliczności przed jego nastąpieniem odrobinę ociepliło moje uczucia w stosunku do Charlotte. Dziewczyna nauczyła się walczyć o siebie. Przeszła wewnętrzną metamorfozę i bardzo wydoroślała.  Jeśli chodzi o Tate’a przez całą lekturę wydawał mi się bardzo dziecinny, mimo swoich 19 lat, jakby się nie tłumaczył, w moich oczach pozostał dzieciakiem, który nie dorósł do prawdziwego uczucia i do sprostania obowiązkom z tego wynikającym.
Myślę, że moja opinia nie jest zbyt przychylna książce, aczkolwiek nie sądzę, by tego przyczyna była bezpośrednio związana z treścią utworu. Pierwsza miłość to z pewnością wielkie emocje, podekscytowanie, namiętność oraz odkrywanie innego świata. Jestem pewna, że w wieku kilkunastu lat pochłonęłabym ją w mgnieniu oka, bo obnaża wszystkie pragnienia dorastającej młodej kobiety. Obrazuje sympatię do płaci przeciwnej, pokazując, że bycie z kimś nie jest cukierkowym „love story” a często słodko-gorzką rzeczywistością.
Podsumowując, nie uważam, że czas spędzony przy „Flower. Jak kwiat.” był zmarnowany. W ostateczności była to relaksująca lektura, którą mogłabym polecić np. pomiędzy literaturą o cięższej tematyce. 




wtorek, 14 listopada 2017

Wyjątkowy klimat oraz zaskakujące wydarzenia w powieści Sary Gruen "U brzegu"






Tytuł: „U brzegu”
Autor: Sara Gruen
Wyd.: Rebis
Gatunek: Fikcja literacka
Fikcja historyczna
Western
Ocena:5/5




Jest rok 1945. Wojna nadal trwa, choć niemal dobiega końca. Natomiast troje przyjaciół po niefortunnych wydarzeniach na mocno zakrapianej imprezie doprowadza do swojego publicznego zhańbienia. W celu odratowania honoru i nie tylko Maddie z mężem Ellisem i przyjacielem Hankiem wyruszają do Szkocji w poszukiwaniu potwora z Loch Ness. Po ciężkiej podróży trafiają do motelu w środku lasu. Właśnie w tym miejscu całe życie Madeline wywraca się do góry nogami, ale pozwala to kobiecie przejrzeć na oczy i ujrzeć prawdziwe oblicze nie tylko wojny, ale również swojego męża, a prawda okazuje się być naprawdę bolesna.
Nie chciałabym zdradzać więcej na temat całej fabuły książki, ponieważ nie fair byłoby pozbawić Was przyjemność odkrywania wszystkich szczegółów tej historii, którą uważam za naprawdę interesującą i przede wszystkim nietuzinkową. Muszę jednak wspomnieć, że pierwsza część książki, czyli moment, kiedy bohaterowie są jeszcze w Ameryce, czas podróży przez Atlantyk oraz pierwsze dni w Szkocji były dla mnie bardzo nużące. Obstawiam, iż powodem tego było moje przekonanie, że czeka mnie książka przygodowa, skupiająca się głównie na poszukiwaniach mistycznego stwora. Okazało się jednak, że podzielam opinie z wieloma innymi czytelnikami.  Wątek poszukiwań  jest jedynie pobocznym, a głównym tematem jest życie kobiety, która nie mogąc się wydostać z wojennej Szkocji, zaczyna się do nowych warunków przystosowywać zyskując coś, co w życiu jest bardzo cenne – przyjaźń.
Urzekły mnie postaci wykreowane w powieści Sary Gruen. Są to mocne charaktery o dobrych sercach, które przyjęły zagubioną Madeline z otwartymi ramionami. Anna i Meg to dziewczyny, których wojna dotknęła odbierając im najbliższą rodzinę. Mimo to nie traciły wiary w życie i ludzi. Ich postawa mi imponowała a optymizm się udzielał. Urzekł mnie również Angus. Zastępczy właściciel noclegowni. Tajemniczy, milczący, męski, ale uczuciowy i… zraniony. Ukrywający mroczną stronę swojego życiu na dnie serca. Jego los mocno mnie wzruszył i co tu ukrywać – doprowadził do łez. Podczas lektury zastanawiałam się skąd ten mężczyzna czerpie siły, by funkcjonować w miejscu, w którym doszło do wielkiej tragedii i tym razem to nie wojna była jej przyczyną – przynajmniej bezpośrednio.
Kiedy myślę o Maddie, czuję dumę. Udało jej się przedrzeć przez sidła zdradzieckiego męża, odnajdując w tym wszystkim siebie. Gdy bliżej zapoznawałam się z tą bohaterką chwilami otwierałam oczy ze zdumienia nie mogąc uwierzyć jak bogactwo może zrobić z człowieka kalekę, który nie potrafi ułożyć swoich włosów czy ukroić kromki chleba. Było mi jej bardzo szkoda, widząc, iż mąż traktował ją jedynie jako ozdobę a nie towarzyszkę życia i powierniczkę myśli. Metamorfoza, która przeszła w Europie i to jak jej życie nabrało szczęśliwego obrotu sprawiło, że miałam ochotę klaskać z radości. Wyrwała się z kleszczy prawdziwego potwora i to bynajmniej nie tego znajdującego się w jeziorze a tego chowającego się pod maską człowieka!
Nie do końca rozumiem skąd w drugiej połowie pojawił się we mnie taki entuzjazm co do tej powieści. „U brzegu” choć początkowo nużące, na długo zostanie w mojej pamięci.
Wszystko zmieniło się w momencie, kiedy okazało się, że tak naprawdę nie będzie to opowieść, której się spodziewałam. Mając taki wybór czytelnika jest naprawdę ciężko zaskoczyć.  Sarze Gruen udało się to w stu procentach. Stworzyła bohaterkę, z którą w pewnym stopniu się utożsamiłam. Wprowadziła mnie w nastrój panujący w książce i czułam się jak gość przebywający w barze Angusa. Nie pozostaje mi nic innego jak sięgnąć po „Wodę dla słoni” Sary Gruen. 



czwartek, 9 listopada 2017

Przepis na odnalezienie idealnej sukni ślubnej w 5 krokach!





Hej! W dzisiejszym poście bardzo chciałabym podzielić się z Wami moją historią poszukiwań sukni ślubnej. Myślę, że mój wybór był udany, choć nie obyło się bez małych wtop, które nie zaważyły jakoś na poziom szczęścia w tym dniu. Nie uważam się za eksperta w tej dziedzinie, aczkolwiek kierowanie się tymi pięcioma poniższymi krokami sprawiło, że załatwienie tej sprawy poszło dość gładko. Chciałam jeszcze wspomnieć, że do całych przygotowań ślubnych starałam się podejść raczej na luzie, bo w innym wypadku byłabym już siwa! :D
Z uśmiechem na twarzy wspominam ten pierwszy raz kiedy założyłam na siebie długą, (koniecznie) białą suknię. Naprawdę! Wspaniałe uczucie zobaczyć siebie w takiej hmm, innej odsłonie. Byłam we Wrocławiu u przyjaciółki i we dwie weszłyśmy zaledwie do dwóch salonów. Przymierzyłam kilka, jednak nie był to jeszcze ten czas wyboru sukni. Chciałam jedynie zorientować się czego poszukuję, w czym jest mi dobrze, no i nie oszukujmy się  - do wesela został ponad rok a ja naprawdę już nie mogłam się doczekać tego dnia. :D
Kiedy nadszedł już ten właściwy dzień byłam zestresowana. Zupełnie teraz nie wiem dlaczego. Nie zdradziłam się nikomu, ale ręce pociły mi się na kierownicy i może dobrze, że tego dnia byłam kierowcą, mogłam skupić myśli na czymś innym, a nie zamartwiać się czy, aby przypadkiem dobiorą suknię takiemu krasnalowi jak ja! Dobrali. :)
Zapraszam Was teraz na moje subiektywne wskazówki, które dla mnie były bardzo pomocne i ułatwiły całą sprawę!

1.      NIE IDŹ SAMA
Choć suknia ślubna to nam ma się przede wszystkim podobać, dobrze jest mieć przy sobie kogoś zaufanego. Kogoś, kto bez ogródek szczerze wyrazi swoją opinię a naszym zadaniem będzie już rozstrzygnąć czy się z nią zgadzamy czy nie. Ja na swoje poszukiwania wybrałam się z dwiema koleżankami i chłopakiem jednej z nich i choć jego obecność absolutnie mi nie przeszkadzała, nigdy nie spodziewałam się, że okaże się pomocna!

 2.      NIE BĄDŹ UPARTA

Daj sobie coś zaproponować. Nie upieraj się przy jednym rodzaju sukni. Obsługująca nas Pani może mieć nosa i po prostu dobrze znać się na swojej pracy. Po to właśnie tam jest, by nam pomóc. W moim przypadku właścicielem salonu był Pan i plus dla niego za naprawdę trafne propozycje. Szybko wyczuł w czym mi do twarzy! :)

3.      NIE PRZYMIERZAJ SETEK SUKIENEK
Nie ma sensu przymierzać niezliczonej ilości kreacji, gdy i tak już po piątej zapomnimy jaką mierzyłyśmy pierwszą! Lepiej jest zmierzyć mniej i świadomie podjąć decyzje. A jeśli nie jesteśmy pewne, zawsze możemy zapisać nazwę modeli, które nam wpadły w oko i wrócić kolejnego dnia. 

4.      NIE ZAPOMINAJ, ŻE W SUKNI BĘDZIESZ SIĘ RUSZAĆ
Bardzo ważny podpunkt. Myślę, że nie jednej z Was mógł on umknąć. Suknia nas urzekła. Ślicznie się układała a potem okazała się klapą, jeśli chodzi o komfort. Przyznam się szczerze, że sama stałam jak słup soli. Na początku byłam pod wrażeniem, że oniemiałam a na kolejnych przymiarkach bałam się, że ją przydepnę, przewrócę się czy coś rozedrę. Błąd! Miałam szczęście, znowu! :D Choć już na początku, zaraz przy życzeniach na sali, suknię mi rozdarto na rękawku! Na pewno znacie typ wujków ściskających tak, że oczy wychodzą! :D :D :D 

5.      SŁUCHAJ GŁOSU SERCA
A to nowość, ale tak – słuchajmy głosu serca a nie głosu mamy, babci, siostry, cioci czy koleżanki. Przede wszystkim, mamy pięknie wyglądać, czuć się wspaniale i musimy być pewne, że okeej – w tej sukni chcę wystąpić w ten ważny dzień. 
 Mój ostateczny wybór poniżej. 

 
To by było na tyle. Zdaję sobie sprawę, że niczego w tych wskazówkach nowego nie odkryłam, aczkolwiek nawet dla mnie samej fajnie było podsumować wszystko w jedną całość, gdyż w całym tekście przemyciłam wiele wspomnień, które bardzo długo zostaną w moim sercu! ;)Fajnie byłoby usłyszeć o Waszych przeżyciach z tego dnia. :)

wtorek, 7 listopada 2017

O tym, że nie zawsze wszystko jest takie, na jakie wygląda w „Pochłaniaczu” Katarzyny Bondy





Autorka: Katarzyna Bonda
Wyd.: MUZA
Gatunek: Fikcja literacka
Kryminał
Ocena: 5/5



Główną bohaterką „Pochłaniacza” jest Sasza Załuska. Kobieta po przejściach. Alkoholiczka – abstynentka. Profilerka. Jednak przede wszystkim jest to matka, samotnie wychowująca swoją córkę. Postać tę spotykamy w momencie, gdy wraz z sześcioletnim dzieckiem po latach przebywania w Anglii decyduje się na powrót do kraju. Liczy, iż jej życie tym razem ułoży się pomyślnie. Ma nadzieję, iż posada w banku, na którą zamierzała aplikować zapewni jej spokój oraz harmonię. Jej start w nowe życie okazuje się być o wiele bardziej skomplikowany niż jej się dotychczas wydawało.
Profilerka otrzymuje zlecenie od emerytowanego policjanta o odnalezienie człowieka, który wydał rozkaz pozbycia się znanego piosenkarza Igły. Sasza pewna, iż będzie to szybka akcja przyjmuje zlecenie, które zaczyna się ciągnąć w nieskończoność a na światło dzienne wychodzi coraz więcej tajemnic. Zleceniodawca zapada się pod ziemię, piosenkarz zostaje zamordowany a Sasza w swoich poszukiwaniach ciągle trafia na historię gangu z 1996 roku. Główna bohaterka jest ewidentnie niechciana w śledztwie a poszukiwaniom zabójcy wciąż brakuje jakichkolwiek poszlak. Wszystko wygląda na to jakby świadkowie celowo milczeli. Kierujący sprawą policjant Duchnowski również wydaje się być bezsilny. Sasza jednak prowadzi swoje śledztwo, odosobnione od kolegów policjantów, którzy poddają wątpliwości wszelkie podejrzenia Załuskiej. Kobieta ma nosa i idzie właściwym tropem, nie daje zwieść się „lewym sankom”, które ciągle ktoś podrzuca.  Zdeterminowana jest by doprowadzić sprawę do końca, szczególnie, że jej rozwiązanie, choć bardzo skomplikowane, ma przed samym nosem.
Nie jest to moja pierwsza pozycja Katarzyny Bondy, więc wiedziałam doskonale, czego mogę się spodziewać, czyli ciekawej, mrocznej historii oraz intrygujących bohaterów. Nie zawiodłam się. Choć tom jest bardzo obszerny czyta się go łatwo i przyjemnie. A sama fabuła urozmaicana jest wątkiem prywatnym głównej bohaterki Saszy, który zostanie bardziej szczegółowo poruszony w tomie drugim (od którego przypadkowo rozpoczęłam sagę). Dodatkowo pokazany jest świat u schyłku XX wieku, a autorka przekonuje, że jeden zły ruch w życiu ciągnie za sobą masę nieprzyjemnych konsekwencji.

Nie mogę powiedzieć, że Sasza Załuska mi nie zaimponowała. Jest to kobieta silna i niezależna, choć w środku krucha i zraniona. Dla córki gotowa jest jednak walczyć ze swoimi słabościami. Jest to najpiękniejszy rodzaj miłości jakiego możemy doświadczyć. Dziwiłam się, iż często wiedziona pragnieniem posmakowania alkoholu, nie pozwoliła sobie zaprzepaścić siedmiu lat abstynencji, mimo iż kilkukrotnie była temu bliska. Takich ludzi zawsze trzeba podziwiać nawet jeśli jest to tylko postać książki, aczkolwiek nigdy nie wiemy, kiedy zwykły, fikcyjny bohater stanie się inspiracją dla czytelników, by walczyć ze swoimi słabościami. Jeśli chodzi o resztę bohaterów - uważam ich za bardzo przeciętnych i irytujących. Wydawało mi się, że jedynymi osobami, które widzą coś więcej czubek własnego nosa są Załuska i Duchnowski. Zdaję sobie sprawę, iż taki był zamysł pisarki, natomiast chwilami naprawdę miałam ochotę rwać włosy z głowy, kiedy każdy trzymał się jednej wersji, nie uchylając rąbka tajemnicy, jak było naprawdę. 

Jeżeli jest to jeszcze możliwe, że ktoś nie sięgnął po „Pochłaniacza” Katarzyny Bondy odsyłam, by nadrobić zaległe straty. Z czystym sumieniem polecam ją każdemu, kto wykazuje najmniejsze zainteresowanie kryminalnymi zagadkami przelanymi na papier. Warto sięgnąć po pozycję Bondy, choćby ze względu na to, iż nazwano ją „polską królową kryminałów”. Myślę, że jeszcze nie raz o niej usłyszymy i to w samych superlatywach!


czwartek, 2 listopada 2017

Najgorzej zacząć, czyli wybór zespołu i fotografa/kamerzysty - moje doświadczenie!



Czas przygotowań do ślubu rozpoczęliśmy niedługo po zaręczynach. Od TEGO dnia dzieliło nas niecałe dwa lata, więc wcale nie tak dużo, co wiem teraz a nie wiedziałam wcześniej! Zdawałam sobie sprawę jak prężnie rozwija się branża ślubna i na jak długo przed ślubem trzeba dokonywać rezerwacji. UWAGA: dużym utrudnieniem był dla mnie fakt, iż znajdowaliśmy się w Irlandii i nie było żadnej perspektywy pojawienie się w Polsce w przeciągu najbliższych miesięcy, żeby skonfrontować się czy to z zespołem czy fotografem/kamerzystą, więc zadanie mieliśmy dodatkowo utrudnione. Z perspektywy czasu widzę, że szaleństwem było podejmować się takiego wyzwania i w sumie mieliśmy dużo szczęścia (chyba więcej niż rozumu :P)


Poszukiwania zaczęłam od zespołu. Szperałam na różnych stronach, przesłuchałam dziesiątki wykonań piosenek, obejrzałam mnóstwo filmików na YouTube i nie powiem o mało co mnie nie trafiało. Na palcach jednej ręki można było policzyć zespoły, które faktycznie wpadły mi w ucho, ale wtedy pojawiała się kwestia ceny (6 tys. za zespół? No, thanks!) lub zazwyczaj termin był już zajęty. Zdarzało się też, że zespół nie decydował się na dalsze dojazdy do kilkudziesięciu kilometrów. Uwierzcie mi, że byłam mocno wkurzona pod koniec poszukiwań. W końcu trafiłam na pięcioosobowy band z Zamościa. Obejrzałam filmiki, przesłuchałam playlistę i trzymałam kciuki, aby nie policzyli mi fortuny za dojazd do mojej miejscowości no i, żeby w ogóle mieli wolny termin. Zadzwoniłam. Pogadałam i byłam zachwycona (hmm, może przesadzam). Aczkolwiek nie zaprzeczę, iż rozmowa telefoniczna pozwoliła mi powierzyć im poprowadzenie naszej weselnej imprezy. Udało nam się zarezerwować termin, podpisać umowę przez Internet i wpłacić zaliczkę. Ulżyło mi… do czasu! W rezultacie końcowym, zespół okazał się być hitem. Sama wytańczyłam się za wszystkie czasy i nad ranem nawet zdjęcie butów w niczym nie pomogło, stopy piekły mnie niemiłosiernie. W trakcie zabawy nikt nie siedział za stołem. Moją największą radością był widok gości wyginających się na parkiecie, którzy bardzo sobie kapelę chwalili. Życzę każdemu tak trafionego wyboru jak ten zespół!  

Przyszła kolej na kamerzystę i fotografia i tu popełnia duży błąd, który prawdopodobnie będzie gryzł mnie jakiś czas, ale o tym za chwilę. Oczywiście była powtórka z historii, czyli godziny spędzone przed komputerem. Właściwie wszystkie zdjęcia wydały mi się być takie same. Same zarezerwowane terminy i tu postanowiłam pójść na łatwiznę i tu tkwi cały szkopuł. Skontaktowałam się ze znajomą, aby podała mi na namiary na kamerzystę i fotografa, którzy robili jej ślubny reportaż. Przejrzałam zdjęcia i zobojętniałam. Doszłam do wniosku, że „okej, w końcu coś tam nagrają, zrobią jakieś zdjęcia i jakaś pamiątka to będzie”. Nie, nigdy tak nie myślcie. Może na początku przygotowań jest to dla was obojętne, kto będzie wam błyskał w oczy fleszem, ale po całej uroczystości, będziecie z niecierpliwością czekać, aby zobaczyć jak to wszystko zostało udokumentowane. Zadzwoniłam, zarezerwowałam termin i podczas rozmowy telefonicznej (ze starszym mężczyzną) miałam zupełnie odmienne zdanie od rozmowy z panem z zespołu. Nie spodobał mi się ton w jakim cała konwersacja była przeprowadzona, ale machnęłam ręką, bo byłam najnormalniej w świecie zmęczona tym całym szukaniem. Moją czujność uśpił młody mężczyzna, który dał mi jakąś nadzieję, że może jednak będzie z tej mąki chleb. Był zaangażowany, profesjonalny i widać, że zna się na swojej robocie. W dniu naszego ślubu wparowali do domu i w bieg robili zdjęcia, bo chcieli nagrać jeszcze kawałek bramy. Zupełnie im nie przeszkadzało, iż stałam (hmm, chwiałam się) na jednej nodze, bo mój jeden but został zabrany wedle zwyczaju na zewnątrz, by pokazać go Panu Młodemu. Nie powiem, że się nie zirytowałam. W trakcie wesela, kiedy chcieliśmy bawić się wspólnie z naszymi gośćmi targał nas po parku przy obiekcie i strzelał mnóstwo zdjęć (z czego połowy nie dostaliśmy), ale "okej” pomyślałam „będzie fajna pamiątka”. Szczytem jednak było dla mnie kiedy podczas pamiątkowych zdjęć z gośćmi weselnymi padło słowo: „Pani młoda, nie uśmiechamy się tak szeroko”. Myślę, że przeszkadzał mu mój krzywy ząb, ale muszę wspomnieć, że na zdjęciach pozowanych wyglądam jakby mnie ktoś siłą zaciągnął przed ołtarz a na tych z zaskoczenia wyszłam naturalnie, według mnie ładnie, kobieco. Wyglądałam na po prostu szczęśliwą mężatkę. Na wspomnienie sesji plenerowej podnosi mi się ciśnienie. Pozy, które wymyślał i fakt, iż wychwalał swoje pomysły pod niebiosa doprowadzały mnie do szaleństwa. Ani razu nie powiedział, otwórzcie szerzej oczy, ręka nie tu, tylko tam. Wiecie, takie wskazówki dla modeli – laików. Obróbki nie skomentuje, bo naprawdę szkoda moich nerwów, aczkolwiek wspomnę, iż moim ratunkiem okazały się być niewielkie zdolności w obsłudze Photoshopa.

Napisałam ten post, aby podzielić się z przyszłym PM moimi doświadczeniami. Wbrew pozorom nie po to, by się jakoś na fotografie wyżyć. Aa, no tak. Nie wspomniałam o istotnej rzeczy.  W pierwszej części tekstu dokonałam rozdziału na starszego i młodszego mężczyznę nie bez przyczyny. Tym razem moje pierwsze wrażenie również mnie nie zawiodło, ponieważ żałosne zdjęcia zrekompensował nam film. Z pomysłem, super zmontowany. Chłopak złapał na video super śmieszne momenty i na koniec skrócił je do świetnego teledysku. Naprawdę, film jest ekstra!
Dlatego w podsumowaniu chciałabym poradzić, aby w przygotowaniach do tego ważnego dnia nie odpuszczać. Warto się przemęczyć, by potem mieć niezwykłą pamiątkę czy piękne wspomnienia. Dziewczyny,  kierujcie się swoim przeczuciem. Rozmawiajcie z osobami, które macie zamiar obarczyć częściową odpowiedzialnością za rozwój wydarzeń w tym ważnym dniu. Mnie te poszukiwania odrobinę pod koniec przerosły, jednak nie uważam, że rezultat ostatecznie był katastrofalny. 26 sierpnia wspominam z radością i uśmiechem na twarzy.

Jeżeli ktokolwiek dotrwał do końca tego tekstu, zapraszam do podzielenia się ze mną swoimi przeżyciami z pierwszych przygotowań do ślubu. Ja już niedługo przygotuję kolejny wpis z tej serii. W najbliższej przyszłości myślę też o rozpoczęciu serii z budowy domu. Czy jest ktoś, kto byłby tym tematem zainteresowany?